Podróże rodzinne Podróże samemu Podróże w parze

Galapagos – zaczynamy zwiedzanie od San Cristobal

Galapagos. Żółwie Wyspy pochodzenia wulkanicznego, leżące na Oceanie Spokojnym, około 1000 kilometrów od lądu Ameryki Południowej. Wyspy wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Składają się z 19 wysp różnej wielkości. W sumie to około 8 tysięcy km², należących do Ekwadoru. Wyspy owiane legendą Charlesa Darwina i teorii ewolucji. Jeśli interesuje Was większe pogłębienie tematu samych wysp, to zerknijcie do mojego poprzedniego wpisu. O pochodzeniu wysp oraz o zamieszkujących je gatunkach dużo możecie przeczytać w książce polecanej tam przeze mnie. Naprawdę warto!

Gdzie jak nie na te wulkaniczne wyspy najlepiej zabrać osobę, która interesuje się fauną od małego? Która wie tyle, że niejednego dorosłego mogłaby zadziwić? Oczywiście nie piszę tego o sobie, tylko o Tymku… Jak tylko nadarzyła się okazja, by polecieć na Galapagos, nie zastanawialiśmy się ani chwili.

mapa ze strony http://www.hotelmaidith.com

20 listopada zaczęła się nasza cudowna podróż. Po wielu godzinach lotu (z Warszawy do Monachium, potem do Bogoty) dotarliśmy do Guayaquil w Ekwadorze. To był nasz przedostatni przystanek. Tu odbieraliśmy bagaż, by następnie kupić wejściówki do parku (w oznaczonym do tego okienku na lotnisku pan nas przepytał gdzie się zatrzymujemy, co będziemy robić i kiedy mamy lot powrotny, kupiliśmy wejściówki do parku oraz opłaciliśmy bagaż – w sumie 120 dolarów od osoby. Tak, płaci się dolarami amerykańskimi).

Potem obok przeszliśmy kontrolę bagażu (każdy lecący na Galapagos musi ją przejść – mają ścisłe reguły co można wwozić, a czego nie). Bagaż nam zatwierdzili i zapieczętowali zielonymi trytytkami, nadaliśmy go i po 1,5 godzinie lotu dotarliśmy do celu!

San Cristobal

Zwiedzanie Galapagos zaczęliśmy od najbardziej na wschód wysuniętej wyspy – San Cristobal. Wyspa ma dwie nazwy – jedna, hiszpańska pochodzi od świętego Krzysztofa, patrona żeglarzy, druga, angielska (Chatham) wywodzi się od nazwiska angielskiego hrabiego. Jest to piąta co do wielkości wyspa i jedna z dwóch, na które są loty na ląd, do Ekwadoru (druga to Baltra). Wyspa jest o tyle niezwykła, że jest jedyną z całego archipelagu, na której znajduje się słodka woda.

Jest tu też stolica Galapagos – miasto Puerto Baquerizo Moreno. Do niego właśnie przylecieliśmy i tam spaliśmy w małym hostelu (Cabañas Don Jorge – uwaga: właścicielka mówi tylko po hiszpańsku!).

Puerto Baquerizo Moreno

 

To niewielka miejscowość, powstała w połowie XIX wieku. Żyje tu około 7 tysięcy osób, zajmujących się głównie rybołówstwem i turystyką. Nad oceanem znajduje się port oraz mała promenada (malecón). Jest też policja, siedziba marynarki wojennej, poczta i szkoły, a nawet filia uniwersytetu! Jest trochę sklepów, trochę knajpek, ale w gruncie rzeczy jest to bardzo spokojne miejsce.

Obok portu, w Zatoce Wraku, jest miejsce, na którym gromadzą się lwy morskie.

Playa de Oro

Tuż obok pomnika Darwina znajduje się Playa de Oro. Miejsce wypełnione lwami morskimi. Jak większość tutejszych plaż…. Każdego dnia rano, idąc do kawiarni po śniadanie dla mnie i Tymka, stawałam sobie tam i w budzącym się do życia słońcu oglądałam te niesamowite zwierzęta. I przy akompaniamencie ich beczeń i ryków oraz cmokania małych lewków ssących mleko.

Playa Mann

Playa Mann jest trochę za centrum miasteczka. Przy plaży jest wieżyczka ratownika, prysznic oraz trzy kioski z lokalnym jedzeniem obiadowym. Lubiliśmy tu przychodzić na frytki (talerz frytek za 3 dolary) i naturalne soki z ananasa czy mango (też po 3 dolary). Z paniami oczywiście można dogadać się tylko po hiszpańsku. Dobrze, że przed wyjazdem zaczęłam chodzić na kurs przypominający…

Na plaży i skałach wypoczywają lwy morskie. My niestety natknęliśmy się raz na nieżywego malucha oraz jednego dnia na samca, który wszystkich ludzi wyganiał z wody. Przez to zdarzenie Tym mocno się wtedy wkurzał na wszystkie lwy. I kręcił filmiki, w których opowiadał jakie to są okropne. Na szczęście przemyślał sprawę i na drugi dzień stwierdził, że ten lew miał powód – bronił przed nachalnymi ludźmi młodych, które tam wypoczywały z matkami. Co racja, to racja. W końcu to my jesteśmy intruzami na tych wyspach.

Centro de Interpretacion

Idąc dalej dochodzicie do Centrum Informacyjnego (Centro de Interpretacion), w którym możecie poczytać (po angielsku i po hiszpańsku) o historii całego Galapagos. Począwszy od powstania wysp, informacji o faunie i florze oraz historii zamieszkujących wyspy ludzi. Dowiecie się dużo więcej niż tylko od Darwinie i jego podróży. Warto poświęcić trochę czasu i poznać wszystkie informacje. Dla ciekawych – krótka historia wysp, opisana w Wikipedii. Oraz kilka zdjęć z Centrum Informacyjnego.

Na wejściu trzeba się wpisać do książki. Wpisuje się takie dane jak: imię i nazwisko, narodowość, numer paszportu, miejsce zamieszkania na Galapagos, zaznacza, co chce się zobaczyć i wpisuje godzinę wejścia. Na wyjściu należy się odznaczyć. W końcu wchodzicie do Parku Narodowego. Wejście jest tam do określonej godziny i trzeba przestrzegać wszystkich zasad Parku Narodowego.

Tymowi chyba się podobało. Wpadliśmy tam dwa razy…

Cerro Tijeretas

Za Centrum Informacyjnym jest ścieżka prowadząca na punkt widokowy Tijeretas. Idzie się tam, żeby oglądać latające fregaty (to te czarne ptaki z czerwonymi gardłami – samce; samice nie są takie okazałe).

FILM Z TIJERETAS

Możecie również przejść kawałek dalej, za Cerro Tijeretas, kamienisto-piaszczystą dróżką w dół, aż dojdziecie do małej plaży.

Spacer okazał się dość ciężki. Wokół, oprócz kaktusów, cała roślinność była zupełnie wysuszona. Nasz pobyt na Galapagos przypadał na porę suchą. Było to bardzo widać w dolnych partiach roślinności, tych nad oceanem. Prawie wszystko szare i uschnięte. A co za tym idzie – nie było się gdzie schować przed słońcem. Po dwóch godzinach łażenia w takich warunkach skórę mieliśmy zupełnie spaloną (o czym mieliśmy się boleśnie przekonać wieczorem…). Tym nie lubi aż takiego słońca. Nasłuchałam się jak jest beznadziejnie i że następny wyjazd on planuje – na Antarktydę 😀 Po dojściu na tę małą plażę, o której Wam wyżej napisałam chwilę poleżeliśmy w cieniu pod jedynym drzewem w okolicy. I oglądaliśmy piękne muszle.

Z kolei pod punktem widokowym z fregatami jest mała zatoczka. Ludzie przychodzą tu nurkować. Nad zatoką czuwa pomnik Darwina i kilku zwierząt.

Wracając proponuję przejść ścieżką prowadzącą nad oceanem. Dzięki temu zahaczycie o miejsce z pozostałością po dziale oraz dojdziecie do pięknej plaży – Playa Punta Carola.

Playa Punta Carola

Na tę plażę można też dojść inną drogą, nie przez Centrum Informacyjne. Jest to początkowo żwirowa ścieżka, od Playa Manna, drogą, wzdłuż oceanu, która po jakimś czasie przechodzi w dróżkę kamienistą pośród roślin.

Na plaży wylegują się oczywiście lwy morskie. Można też z nimi popływać. I z różnymi rybami oraz wielkimi żółwiami morskimi. Super sprawa. Tym, jak się wkręcił, to nie mogłam go z wody wyciągnąć. Nagrywał mnóstwo filmików ze snorkellingu i nawet ponazywał żółwie, z którymi pływał.

El Progreso

Ta maleńka osada położona jakieś 7 kilometrów od stolicy Galapagos to praktycznie centrum rolnicze, słynące z upraw trzciny cukrowej. Znajdują się tam też najstarsze domy na wyspie, pierwszych osadników (oraz hacienda założyciela – Manuela J.Cobosa). Część to ruiny. Miasteczko położone jest w środku lądu, na wysokości kilkuset metrów nad poziomem morza. Co widać po roślinności oraz pogodzie tam panującej. W listopadzie było mgliście i dużo chłodniej niż na dole, w porcie.

Możecie się tam dostać autobusem, wypożyczonym rowerem, lub tak jak my – za kilkadziesiąt dolarów wynająć taksówkę i pojechać do osady oraz w kilka innych miejsc, opisanych dalej. Taka wyprawa trwa parę godzin. Jest to bardzo wygodne, bo zwiedzacie swoim tempem, a taksówkarz wszędzie na Was czeka. Taksówki, jak i większość aut na wyspach to pick-upy. Także nawet w kilka osób możecie jechać jednym autem.

Z punktu widokowego macie okazję zobaczyć Puerto Baquerizo Moreno, słynną skałę Kicker Rock (León Dormido – o tym później…) oraz okolice. A w miasteczku możecie zwiedzić fajną atrakcję – dom na drzewie.

La Casa del Arbol

Tak, dom na drzewie, a dokładniej na olbrzymim drzewie kapokowym (jest coś takiego, o czym dowiedziałam się właśnie na Galapagos), czyli La Casa del Arbol lub La Casa del Ceibo. Fajna atrakcja dla dzieci. Przez małą, wiszącą kładkę wchodzi się do domu. Można również zejść do ciemnej piwnicy w drzewie, pohuśtać się na huśtawce czy zażyć terapii przez kaczki (taaak, to nas nieźle ubawiło).

Obok jest mały bar. Zjedliśmy w nim pyszne, domowe lody na patyku, za 2 dolary. Za wizytę płaci się 2 dolary od osoby. Jeśli macie ochotę, to możecie się tam również zatrzymać na nocleg. Właścicielka mówi tylko po hiszpańsku!

Laguna El Junco

Jadąc dalej taksówką, z Puerto Baquerizo Moreno, dotarliśmy do laguny El Junco.

Właściwie nie jest to typowa laguna. Jest to jezioro utworzone w zapadniętej kalderze wulkanu. I jest to jedyne źródło wody słodkiej na całym Galapagos. Pogoda mocno nas tam zaskoczyła. Mimo tego, że mieliśmy kurtki przeciwdeszczowe, spacer nad jeziorem skończyliśmy cali mokrzy… No, ale to w końcu kilkaset metrów nad poziomem morza, w środku lądu. Zupełnie inna strefa klimatyczna.

FILM Z EL JUNCO

Spacer zaczyna się od wejścia pod górkę, po wielu drewnianych stopniach. Później ścieżka poprowadzi Was wokół jeziora. Jeśli będziecie mieć szczęście i dobrą pogodę, zobaczycie między innymi fregaty, kaczki oraz przedrzeźniacze. Dodatkowo, specyficzne rośliny, rosnące tam, turzyce. My jednak walczyliśmy z wiatrem i deszczem. I ciężko było nawet zobaczyć samo jezioro, nie mówiąc już o mieszkańcach jego brzegów.

Galapaguerra de Cerro Colorado

Kolejny punkt tej wycieczki taksówką to Galapaguerra, czyli centrum rozrodcze żółwi słoniowych. Tu po raz pierwszy natknęliśmy się na te zwierzęta. Ja prawie na pierwszego weszłam! Tu również się wpisuje na wejściu i wyjściu. Wstęp jest darmowy.

FILM Z GALAPAGUERRY

Jest to otoczony teren, na którym można podziwiać kilkuletnie żółwie, powoli spacerujące wśród drzew lub kąpiące się w sadzawkach. Można też zobaczyć malutkie żółwie, na różnym etapie ich życia. A wśród drzew podziwiać różne ptaszki. Centrum nie jest duże i nie ma tam za wielu informacji. Przy wejściu jest niewielka sala z plakatami informacyjnymi, a wzdłuż ścieżki stoją drewniane słupki z informacjami po hiszpańsku i angielsku. Ale jest ich naprawdę niewiele.

FILM Z GALAPAGUERRY 2

Playa Puerto Chino

Ostatni punkt na trasie z Puerto Baquerizo Moreno to ta ukryta plaża.

Trzeba do niej chwilę dojść ścieżką wśród opuncji. A na końcu docieracie do plaży z miękkim i sypkim piaskiem, prawie jak z mąką. Z dużą ilością lwów morskich. Oraz ze świetnymi warunkami na surfing. Można tam również obserwować głuptaki, jeśli ma się szczęście. My akurat go nie mieliśmy.

Niestety dużym minusem tej plaży są jakieś gryzące, małe muszki, które z naszej dwójki bardzo sobie upodobały Tyma…

Czego nie widzieliśmy, a warto!

Na wyspie jest niewiele miejsc, do których można samemu dotrzeć. Te, które opisałam, to właśnie takie. Na San Cristobal byliśmy tylko trzy dni i na więcej po prostu nie mieliśmy czasu. Dodatkowo, Tym chciał spokojnie spędzić te nasze pierwsze chwile po przylocie.

Kicker Rock (León Dormido)

To najsłynniejsza miejscówka na wyspie. A właściwie obok wyspy, ponieważ to olbrzymia skała wystająca z wody. Podobno z daleka przypomina śpiącego lwa morskiego, stąd taka nazwa po hiszpańsku (co Tymka nieźle ubawiło, bo według niego Ci, którzy nadali jej tę nazwę chyba śpiącego lwa morskiego nie widzieli. Faktycznie lwy raczej się mocno wyciągają na leżąco, a ta skała wygląda jak siedzący lew). Na jednym ze zdjęć, które Wam pokazałam z Tijeretas widać tę skałę z daleka.

Po co się tam płynie na wycieczkę (za około 100-120 dolarów)? Dla snorkeliingu! Można też popłynąć na droższą wyprawę nurkową. Pływa się na otwartym oceanie, wśród mnóstwa zwierząt. Przy szczęściu – można trafić też na rekiny! Zdjęcie skały zobaczycie np.na Googlu, TU.

Playa Cerro Brujo

Podobno jedna z piękniejszych plaż na Galapagos. Szeroka, z białym piaskiem. Oczywiście ze zwierzętami. Też do zobaczenia tylko z wycieczką. Często połączona z wyprawą do Kicker Rock. Jednak wszystko zależy od agencji, z którą będziecie mieli zamiar się wybrać, bo część wybiera też inną plażę, niedaleko. Cudowne zdjęcia możecie podziwiać np.na stronie TripAdvisor, TU.

Wycieczka 360°

To najpełniejsza wycieczka na San Cristobal. Opłynięcie wyspy, całodniowe, z przystankami w kilku ważnych miejscach, takich jak najdalej wysunięty punkt na północy wyspy – Punta Pitt czy słynny Leon Dormido oraz kilka znanych plaż. Wycieczka droga, za około 170-180 dolarów, ale warta swojej ceny.

 

Zabrakło nam jednego-dwóch dni na te dodatkowe atrakcje. Trochę szkoda, no ale mamy po co wrócić 😉

Jak podoba się Wam Galapagos? A to dopiero pierwsza wyspa! Zaczynam szykować wpis o kolejnej, o Santa Cruz. Będą następne, ciekawe miejsca, obiecuję.

Komentujcie, udostępniajcie, na zdrowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *