Podróże w parze

Budapeszt spacerowo-kulinarnie

W Budapeszcie byłam już z 6 czy 7 razy, lubię to miasto. Położone nad pięknym Dunajem, składające się z dwóch części – Budy na prawym brzegu oraz Pesztu na lewym. Stolicę Węgier zwiedziłam dość dobrze podczas poprzednich pobytów. Tym razem moja dwudniowa podróż była związana z pracą. Pojechałam szukać węgierskich smaków w nowoczesnym wydaniu. I taki będzie ten wpis – spacerowo-kulinarny.

Zanim jednak przejdziemy do restauracji i potraw pokażę Wam i krótko opiszę, co ładnego można zobaczyć w tym mieście.

Zwiedzanie

Buda

Buda góruje nad miastem wzgórzami. Najbardziej oblegane przez turystów jest Wzgórze Zamkowe. Można się tam dostać między innymi kolejką zębatą (sikló), która odjeżdża spod Mostu Łańcuchowego. Podróż w jedną stronę kosztuje 1200 forintów.

Na wzgórzu jest Zamek Królewski (w środku biblioteka i muzea), Stare Miasto, gotycki kościół Macieja i bardzo malownicza Baszta Rybacka, po której można się przejść i zobaczyć cudowny widok na Dunaj i Parlament. Wejście do kościoła jest płatne (1500 HUF), na basztę można wejść za darmo.

Innym ważnym wzgórzem w Budzie jest Góra Gellerta z Pomnikiem Wolności i Cytadelą. Można tam wjechać autobusem wycieczkowym lub też wejść, od strony Hotelu Gellerta, dość stromą ścieżką i schodami. Polecam oczywiście ten drugi sposób. Jest trochę męczący, ale wart widoków, które roztaczają się na Dunaj i miasto.

Tuż nad Hotelem Gellerta jest mały kościół, który powstał w naturalnej skale. Wejście jest płatne, w cenie dostaniecie audioguide w języku polskim. A w środku niespodzianka – mała polska kaplica.

 

Peszt

Po stronie Pesztu, zaraz przy rzece, najważniejszym budynkiem jest Parlament.

Warto zrobić sobie dłuższy spacer po tamtejszej okolicy i przejść się reprezentacyjną ulicą Váci (która na mnie robiła wrażenie jak byłam dzieckiem i u nas nic w sklepach nie było… teraz wrażenia nie robi), zobaczyć Operę, różne klasyczne kamienice czy Wielką Synagogę (największą w Europie). My akurat miałyśmy szczęście, trafiłyśmy w Centrum na jarmark świąteczny. Mnóstwo kramów z lokalnym jedzeniem, wyrobów z ceramiki, szkła, biżuterii.

Koniecznie trzeba też wstąpić do Hali Targowej Batthyány, w której można kupić węgierskie produkty, przyprawy, pamiątki. Można też zjeść tradycyjny placek, smażony w głębokim tłuszczu – langos. Polecam nie tylko na sposób u nas najbardziej znany, czyli z czosnkiem, serem i śmietaną, ale też na słodko.

Kolejnym ciekawym miejscem jest park Városliget. Można tam dotrzeć z okolic ulicy Váci kolejką metra, a dokładniej linią M1. Co ciekawe, jest to druga najstarsza linia metra na świecie! W parku jest zoo, cyrk, Łaźnie Széchenyiego (baseny termalne, wybudowane w XIXw.) oraz bardzo piękny zamek Vajdahunyad. Właściwie jest to zespół budowli wykonanych z okazji Wystawy Milenijnej, na koniec XIXw., budynki są w różnych stylach, ale całość daje niezapomniane wrażenie. W zimie obok działa lodowisko.

Obok parku jest Plac Bohaterów z Pomnikiem Milenijnym oraz Muzeum Sztuk Pięknych.

Co jeszcze warto zobaczyć w Budapeszcie? Na pewno Wyspę Małgorzaty! Położona pomiędzy Budą a Pesztem, na Dunaju, jest wielkim parkiem, ze ścieżkami rowerowymi, spacerowymi, boiskami oraz kąpieliskami termalnymi. Tam zdecydowanie warto pojechać w sezonie wiosenno-letnim.

Uff. Zwiedzanie mamy za sobą. A teraz – co i gdzie jeść, czyli kwintesencja mojego ostatniego wyjazdu.

 

Jedzenie

Jak już pisałam Wam wcześniej, był to wyjazd służbowy. Z Węgrami jestem związana rodzinnie od kilkunastu lat, za sprawą węgierskich powiązań rodziny męża. Nie, nie chodzi o to, że są Węgrami. Kochają Węgry, węgierską kuchnię i wino. Wszystko za sprawą mojego teścia, który rozkochał się w tym kraju i kuchni jako student Wyższej Szkoły Handlu i Gastronomii w Budapeszcie. Potem przekonywał do węgierskich smaków całą swoją rodzinę. Wspólnie otworzyli najpierw Zajazd Magyar pod Rzeszowem, potem pensjonat w Kazimierzu (obecnie: Rezydencja Eger). W międzyczasie teść utrzymywał kontakty z przyjaciółmi z Węgier, poznawał węgierskich ambasadorów, szkolił kucharzy, promował węgierskie wina, dostał nawet medal od węgierskiej ambasady za zasługi za krzewienie węgierskiej kultury w Polsce.

Ja, odkąd jestem w rodzinie Krystiana, też znam te smaki. Bazujące na mięsie, słoninie, papryce, cebuli. Znam wszystkie klasyczne potrawy – zaczynając od sycącej zupy gulaszowej, czyli bograczu, przez zupę rybną Halászlé, leczo, pyrkolty, paprykarze, aż po naleśniki a la Gundel czy deser z kasztanów. Węgierską kuchnię można znaleźć w Budapeszcie np.na różnych festynach, halach targowych oraz w gospodach. Jest to raczej kuchnia prosta, sycąca, ciężka, ale tania.

Tym razem szukałam tych klasycznych węgierskich smaków podanych w nowoczesny sposób – bardziej zaskakujący i nieoczywisty. Oraz, żeby było trudniej – w daniach wegetariańskich, ponieważ od wielu lat nie jem mięsa. W paru miejscach znalazłam nowoczesne węgierskie smaki. Choć muszę Wam powiedzieć, że nie było łatwo. Węgrzy, tak jak wiele innych narodów, zaczęli lubować się w kuchniach międzynarodowych, szczególnie we włoskiej i francuskiej. Szukając nowej, węgierskiej kuchni odpuściłam wszystkie gospody, gdzie sposób gotowania i podawania jest bardzo klasyczny. Chcąc nie chcąc musiałam wybierać restauracje z lepszej półki, ale też nie te z gwiazdkami Michelin, bo nie o takie wydanie tej kuchni mi chodziło.

 

Kollazs

Na początek trafiłyśmy ze szwagierką do restauracji, która znajduje się w Hotelu Four Seasons, restauracji Kollazs (na stronie znajdziecie menu wraz z cenami). Przyszłyśmy tam na obiad. Na miejscu oprócz sali restauracyjnej jest również cukiernia. Lokal oferuje menu na różne pory dnia. Karta jest krótka, potrawy to kuchnia międzynarodowa – często połączenie kuchni węgierskiej z kuchnią francuską. Pozytyw: osobna krótka karta z potrawami wegetariańskimi (nie wegańskimi!).

Na wstępie podany chleb z dwoma pastami – paprykowo-serową oraz tapenada z oliwkami z anchois. Zdziwiło nas tylko jedno – sztućce położone prosto na stole…

Wzięłyśmy sobie po dwa dania – danie główne oraz deser. Kuchnia węgierska jest typowo mięsna, więc moje wegetariańskie potrawy były międzynarodowe. Zamówiłam wegetariańskie pierożki z serem oraz sosem pietruszkowo-ziołowym, z kawałkami korzenia pietruszki i podsuszonymi pomidorkami.

Justyna starała się brać klasyczne węgierskie smaki. Jadła danie mięsne (chicken paprika) – paprykarz z kurczaka, z wyciskanymi kluseczkami serowymi, podane na łagodnym sosie paprykowo-pomidorowym, z kleksami śmietany i ozdobnymi pomidorkami. Oba dania nie tylko ładnie wyglądały, ale też bardzo dobrze smakowały. Zachwyciły nas pikle zwinięte w cienkie paski, na słodko, w daniu mięsnym.

Posiłek skoczyłyśmy deserami. Ja wzięłam jeden z podstawowych deserów – tradycyjne, węgierskie ciasto „somlói”. Zwykle jest to ciasto szachownica – jasna i ciemna kostka – nasączone rumem, z bitą śmietaną i sosem czekoladowym. Ja dostałam zaskakującą wersję a la włoskie tiramisu. Wizualnie i smakowo daleko od oryginału, ale też pyszna.

Drugim deserem, już nie węgierskim, było ciasto czekoladowe z pięcioma przyprawami, podane z sorbetem oraz śliwkową konfiturą. Bardzo smaczne.

Wyszłyśmy najedzone, ale nie przejedzone. Bardzo na plus.

 

St.Andrea Wine & Gourmet Bar

Do tego miejsca musiałyśmy iść! St.Andrea to winnica z regionu Egeru. Region ten nas najbardziej interesuje, z tego regionu mamy u siebie w Rezydencji Eger najwięcej win. Winnica prowadzona jest przez György Lőrincz, który dawno temu zakochał się i ożenił z Andreą i na jej cześć nazwał swoje wina. Romantycznie. St.to skrót od „święta”. Takie są te wina – boskie. Wina, które zdobywały i cały czas zdobywają uznanie i nagrody w świecie wina. Jeśli ktoś z Was nie miał okazji spróbować, warto szybko to nadrobić!

Restauracja skupia się na winach oraz na potrawach, które się dobrze z nimi komponują. Grzechem byłoby w takim miejscu nie napić się choć lampki. Choć ręczę, że na jednej się nie skończy! Obsługa wspaniale doradza.

 

W St.Andrea Wine&Gourmet Bar można zjeść zarówno z menu, jak i zamówić menu degustacyjne, już z dobranymi winami (4 lub 6 potraw). My wybrałyśmy dania z menu, ze względu na to, że menu degustacyjne zamawia się takie samo na cały stolik. Chciałyśmy mieć wybór mięsny i bezmięsny. Menu znajdziecie tu. Byłyśmy tam na kolacji.

Jako starter dostałyśmy przepyszny chleb z gęsim smalcem. Na wstępie nie powiedziałyśmy, że jedna opcja będzie wegetariańska. Nie wiem czy są przygotowani na taką wersję startera, ale zakładam, że tak.

Byłyśmy zadowolone z obu dań, które wzięłyśmy, choć moje zupełnie nie wyglądało. Kopytka bakłażanowe z sosem paprykowo-pomidorowym nie mogą mieć ładnego koloru… Ale są smaczne, delikatnie rozpływające się. Do tego kleksy śmietany i małe pomidorki jakoś przetworzone w wysokiej temperaturze.

Drugim daniem, mięsnym, była kaczka, pięknie wyfiletowana, różowa w środku, podana z czipsem ze skóry, na puree z brokułów z brokułami al dente. Podobno pycha. Nie mnie to oceniać…

Nie powstrzymałyśmy się też oczywiście od deseru. Tym razem znowu wersja typowo węgierska – knedel serowy „túrógombóc”. Knedelek podany na konfiturze morelowej, którą Węgrzy uwielbiają i często dodają do różnych deserów, ze śmietaną, posypany cukrem pudrem i przyprażoną bułką tartą. Bardzo klasyczny deser. Niestandardowa była ilość, bo w tradycyjnej węgierskiej kuchni podaje się albo jeden wielki, albo kilka mniejszych. Wersja z restauracji St.Andrea jest jednak opcją optymalną, w końcu to ma być deser, a nie całe wielkie danie.

Drugim, dobrym wyborem było ciasto nugatowe w polewie czekoladowej, z miętowym czipsem, sorbetem oraz konfiturą. Przypruszone czymś bliżej nieokreślonym…

Do kolacji piłyśmy wina. Niektóre z tych, które można skosztować w restauracji, są dostępne tylko na miejscu. Nawet jeśli nie jesteście znawcami, kelnerzy polecą Wam wino dobrane do potrawy, którą chcecie jeść i pod Wasz gust. O to nie musicie się tam martwić. Co ciekawe, nazwy win z winnicy St.Andrea oznaczają różne emocje i stany. My zaczęłyśmy od „szczęścia”(boldogságos), potem „na zawsze” (örökké) i na koniec skończyłyśmy „zamyślonym” (merengő). 

Wieczór bardzo udany za sprawą przemiłej obsługi oraz pysznego wina. Polecam!

 

Börze

Kolejne miejsce wybrałyśmy na obiad. Krążąc po uliczkach w Centrum Budapesztu szukałyśmy jakiegoś ciekawego bistro. I trafiłyśmy do Börze. Miejsce dość chłodne z wyglądu, proste stoliki. Świetna obsługa, duże porcje jedzenia.

Jak w innych miejscach – opcje wegetariańskie były z kuchni międzynarodowej. Pozycji typowo węgierskich było w całym menu tylko kilka. Widać wszędzie, że Węgrzy nie chwalą się swoją lokalną kuchnią. Miksują ją z innymi kuchniami. W Börze szwagierka wybrała klasyczne węgierskie naleśniki Hortobagyi jako przystawkę. Są to naleśniki z siekanym lub mielonym mięsem, przeważnie drobiowym lub cielęcym, z sosem pomidorowym, ze śmietaną. To, co zobaczyłyśmy na talerzu trochę nas zaskoczyło. Naleśniki były małe, ciasno zwinięte, z mielonym mięsem. Niestety taka konsystencja odejmuje smaku temu daniu. Zdecydowanie polecam Wam je w wersji z mięsem siekanym, takie jak podajemy w naszym miejscu w Kazimierzu Dolnym.

Na drugie danie szwagierka wybrała również klasykę z Węgier, czyli karpia. Był to paprykarz, podany z łagodnym sosem po bakońsku, czyli z grzybami leśnymi, z bekonem. Do tego kluseczki i śmietana. Danie bardzo smaczne, duże, karp bez ości. Do tego osobno zamówione węgierskie kiszonki. Pycha.

Ja wybrałam dwie, z trzech możliwych wegetariańskich potraw. Sałatkę oraz risotto. Sałatka to miks sałat, z panierowanym serem kozim, granatem, pestkami dyni oraz w ciekawy sposób zrobioną dynią, na sposób słodko-cynamonowy. Do tego pyszny aksamitny vinegret. Smaczna.

Risotto też z dynią, więc trochę tej dyni miałam dość. Niezbyt wyraźne w smaku. W miarę ok, ale bez szału.

Jedzenia było tak dużo, że nie byłyśmy w stanie zjeść obu dań, nie mówiąc już o deserze. Sprawna, szybka obsługa. Polecam to bistro.

 

Gundel

To była prawdziwa niespodzianka. Nie planowałyśmy iść do tej restauracji, nawet nie wiedziałyśmy, że taka jest (trochę wstyd, co? Podobno, to jedna z najsłynniejszych…). Spacerując po parku Városliget przypadkowo się na nią natknęłyśmy. W pięknym budynku, restauracja i kawiarnia. Károly Gundel, założyciel, był nie tylko restauratorem. Stworzył kilka topowych węgierskich dań oraz rozsławił tę kuchnię. Najbardziej znany jest naleśnik, jego nazwiska. Jest to naleśnik wypełniony pysznym, orzechowo-rumowym nadzieniem, z rodzynkami, skórką z cytryny, polany sosem czekoladowym. Zaglądając przez okno zobaczyłyśmy, że akurat przygotowywana jest jakaś duża, firmowa kolacja. Ale szkoda by było nie spróbować słynnego naleśnika! Okazało się, że możemy usiąść w ich kawiarni. Co za szczęście!

Zamówiłyśmy tylko dwa desery – słynny naleśnik Gundel oraz somlói, licząc że tym razem trafimy na bardziej przypominające standardowe ciasto. Naleśnik był jeden, podzielony na trzy części. Kelner polał go przy nas gęstym czekoladowym sosem. Drugi deser był typowym ciastem somlói – uformowanymi kulkami z dwukolorowego ciasta, nasączonego rumem, z bitą śmietaną i czekoladą. Czysta rozpusta. Warto!

Spacerując po parku wstąpcie na te wyśmienite desery. Tu możecie zobaczyć co jeszcze mają w karcie – Gundel

 

Aszú

Kolejnym świetnym wyborem jest restauracja Aszú (czytaj „asu”). Znajduje się w Centrum Budapesztu. Prowadzona jest przez znawcę i piewcę win z Tokaju, Tamása Kovacsika. W restauracji są głównie wina Tokaj. Jest to białe, naturalnie słodkie wino likierowe, o różnej słodkości. Na butelkach określa się ją w „puttony, im wyższy stopień, tym słodsze wino. Tokaje mają ich od 3 do 7, choć 7 jest rzadko spotykana, jest to tak zwana esencja. Uff, dużo tych wiadomości. Ale skąd ta dziwna nazwa restauracji, co to znaczy „aszú”? Z węgierskiego znaczy „uwiędły”, odnosi się do odwodnienia winogron w winach rodzaju Tokaj. I wszystko jasne.

.

To był bardzo przyjemny wieczór, umilany przez trzech muzyków. Obsługa uczynna, szybka, przemiła i bardzo dyskretna. Dobre jedzenie i wino.

Przed jedzeniem dostałyśmy przepyszny chleb i masło, jako „poczekajkę”. Chleb był tak pyszny, że zjadłyśmy cały… Na początek kolacji wzięłyśmy przystawki – jajko w koszulce podane na musie paprykowo-ziemniaczanym, z czipsami z cebuli, podlane ziołową oliwą oraz wątróbkę z kaczki, podaną na leczo, z kluseczkami zacierkowymi tarhonya oraz czipsami cebulowymi. Obie przystawki smaczne.

Drugie dania również nas nie zawiodły. Szwagierka odnalazła węgierskie smaki w gulaszu wołowym, zaskakująco podanym w jednym kawałku, ozdobionym gorczycą, z pikantnym sosem, kopytkami z pietruszką oraz gotowanymi i marynowanymi warzywami. Ja, tradycyjnie już, węgierskiego dania wegetariańskiego nie znalazłam. Został mi makaron rozmarynowy z kozim serem i oliwkami.

Do kolacji oczywiście wino. I kolejny udany wieczór za nami!

 

Pewnie zastanawia Was jak to jest, że we wszystkich tych restauracjach byłyśmy takie zadowolone. Otóż, przed przyjazdem zrobiłam mały rekonesans i na jedzenie wybrałam te z choćby częściową kuchnią węgierską oraz ze świetnymi ocenami. Jak to zrobić? Najprościej na Trip Advisor. Opinie weryfikowałam też w Google.

 

Co sądzicie o Budapeszcie? Dacie mu szansę planując kolejny wyjazd? Naprawdę warto!

5 thoughts on “Budapeszt spacerowo-kulinarnie”

  1. Ola !
    Trochę to trwało, ale warto było czekać na nowy wpis. Jesteś wielka !!!
    Po kilku wpisach dotyczących przeróżnych tematów ciekawa byłam jak się czujesz w klimatach degustatora.
    Czytając ten wpis ma się wrażenie, że jakiś zawodowy opiniodawca sie wypowiada. Fajnie piszesz, bardzo uczciwie i obiektywnie i co ciekawe, te opisy dań oraz szczegóły jak zwykle powalają z nóg….
    Ciekawe, że Węgrzy niechwalą się z węgierskich potraw, może powinni zatrudnić Ciebie do promocji…
    Tak trzymaj !!!

    1. Dorota, miło mi, że podoba Ci się jak piszę. Zawsze staram się opisywać rzetelnie i uczciwie. Ja niestety nie nadaję się na promotora węgierskiej kuchni, bo nie jem mięsa, a ta kuchnia jest zdecydowanie mięsna. Ale mogę promować węgierskie wina 😉 Do następnego wpisu! Ola

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *